20:49:00

Kawiarniano

Kawiarniano
 
    Mimo iż jesień dla nas łaskawa, a ja mówiłam, że będę się ogrzewać tymi zdjęciami przez słotne dni, dziś rzut na Goerlitz kawiarniany: pełen stolików, rozmów, czułych szeptów, muzyki brzęczących filiżanek. Barwnych słońcem parasoli i cienia doniczkowych drzewek. Przytulnych wikliną i wykwintnych menu.
Tych w zaadaptowanej starej aptece i tych w głąb kamienic. Witających nowożeńców i zwykłych turystów. Jeszcze z kwiatami na stolikach. Z drzewkami oliwkowymi, jakie chciałabym żeby rosły u mnie ;). I  kelnerami zapraszającymi uśmiechem w drzwiach. Niech Was nie zwiodą puste stoliki - te czekały właśnie na młode pary, które wychodziły z ratusza :)
Zapraszam na filiżankę espresso z czekoladką na brzegu spodka filiżanki...













21:15:00

Puk, puk, już czas...

Puk, puk, już czas...

     Jesień to brąz kasztanów, czerwień głogu, korale jarzębiny i wszystkie możliwe kolory liści. To barwy intensywne, zdecydowane, ciepłe jak wieczorny ogień w palenisku pod dawnym imbrykiem na herbatę. To wesoło podskakujące iskry tańczące na szczapach drzewa. I dynia. Idealna. Wydająca głuchy odgłos na zachęcające puknięcie w skórkę. Gotowa? Tak. Już czas. Czas na pitę.
Jest to ni ciasto ni danie, ale czekam jesienią na pierwsze prawdziwe dynie, aby najeść się pitą do syta. Takie same, które można było skosztować podczas bałkańskiej festy.
A nawet lepsze. Domowe, spod maminej lub babcinej ręki. Ciasto zagniatane jak na pierogi, mocno uderzane po stole, smarowane olejem jak balsamem i zwijane w strudel z precyzją cukiernika. Pita z dynią, jabłkami i serem pod zapieczoną śmietanową pierzynką, ta sama, której smak pamiętam z dzieciństwa. 
A jeszcze więcej radości, gdy z dyni, którą oznaczy się za młodu wyrytym swoim imieniem ;)  

Przepis na pitę:
1,5 szklanki mąki
1 jajko
0,5 szklanki ciepłej, ale nie gorącej wody
4 łyżki oleju
szczypta soli
ok. 1 kg startej dyni
ok. 1 kg startych jabłek
ok. 30-40 dag pokruszonego twarogu
cukier
śmietana
Z mąki, oleju, jajka, soli i wody wyrabiamy ciasto jak na pierogi, następnie dzielimy na 2 części, jedną przykrywamy miską, drugą cieniuteńko rozwałkowujemy, rozciągamy w rękach (musi być cieniuteńkie, inaczej po upieczeniu pita będzie twarda ;) i smarujemy lekko olejem. Następnie to samo robimy z drugą połową ( z podanej ilości wychodzą bez problemu 2 sztuki ;). Nakładamy w równej ilości startą dynię, jabłka, ser, posypujemy cukrem (wedle własnego uznania co do ilości ;) i zawijamy tak jak strudel. Układamy na blaszce (włożonej papierem do pieczenia albo zwyczajnie posmarowanej olejem), smarujemy wierzch małą ilością oleju i wkładamy do nagrzanego do temp. ok. 180 C (mój elektryczny, w gazowym można nastawić wyższą) piekarnika i pieczemy przez 40 minut (powinna być zrumieniona). Następnie wyciągamy, smarujemy po wierzchu śmietaną i pieczemy jeszcze ok. 15-20 minut ( aż śmietana się zapiecze). Po upieczeniu można jeszcze dodatkowo posypać cukrem. Świetna i na ciepło i na zimno.
Taką lubię ja, bo znana jest też w wersjach warzywnych i mięsno-warzywnych ;).
Wbrew pozorom robi się ją szybko i łatwo, a teraz kieliszek wina i idę wyjąć moją ;)




A że już prawdziwa jesień najlepiej świadczy to, że nitki nitki babiego lata wleciały mi dziś oknem i  że nawet ten zielony, teraz jest pomarańczowy ;) - to moja odpowiedź na zabawę "Jesień w kolorach tęczy" z HomeSweetHome ;)



 

18:47:00

Łagowska toń

Łagowska toń
   
     Dwa jeziora, które jak kochankowie w uścisku łączą się w jednym miejscu.
Jedno ciemne, głębokie, nieprzepastne, drugie przejrzyste, śmiało odsłaniające wnętrze: Jezioro Łagowskie i Trześniowskie ( jeziora rynnowe, polodowcowe, I klasa czystości wody, kolor turkusowy jaki mają Plitvickie Jeziora, ze względu na pogodę nie udało mi się go uchwycić, więc uwierzcie na słowo ;), oba z widokiem na górujący pochodzący z XIV wieku Zamek joannitów, na którego wieżę można wejść i podziwiać panoramę niczym z fiordów norweskich.
Jedno z ulubionych jezior płetwonurków ( ze względu na dużą widoczność bez konieczności używania latarki). I moich ;). Całości widoków dopełnia otaczający je z dominującą buczyną Łagowski Park Krajobrazowy.
Nie można być w dawnym najmniejszym mieście Brandenburgii bez rejsu choćby rowerem wodnym. Oswojone kaczki podrywają się do lotu na widok każdego roweru wypływającego z portu w nadziei na łatwe jadło - okruszki sypane przez turystów tylko do zakończenia sezonu, wrzesień -październik, potem o tak łatwy kąsek na środku tafli trudniej.
Tym razem niemal bez zdjęć miejscowości...ale wybaczycie?  




 







10:49:00

Przed weekendem wspomnienie weekendu ...

Przed weekendem wspomnienie weekendu ...
 
    Wyjechaliśmy po południu, a podróż urozmaicały naprzemienne dziecięce kłótnie (już wiem, czemu w dłuższe trasy jedziemy nocą ;) i pytanie do czego służy pas awaryjny. Droga ekspresowa. Tyle pytań o awaryjny pas, aż w końcu mieliśmy okazję udowodnić do czego ten pas służy. Awaria? Na szczęście tylko brak paliwa. Mimo iż wskaźnik pokazywał go jeszcze całkiem sporo. Na ratunek piątka w bagażniku (taka sama jak u mnie, gdy M. stwierdził, że lepiej żebym woziła paliwo zamiast koła zapasowego, bo koła i tak sama nie zmienię. Co fakt to fakt ;).
Pogoda nie taka, jaką zamawiałam, ale podobno nie ma złej pogody tylko my jesteśmy niewłaściwie ubrani :). No, ubrani byliśmy nieźle, i kalosze i swetry i kurtki przeciwdeszczowe się przydały :). Dziecię nam zachorowało już w czasie pierwszej nocy. Więc były noce nieprzespane i Targi Leśne w lekkiej mżawce. Było jeszcze kilka niemiłych niespodzianek (choć niespodzianki zawsze powinny mile zaskakiwać ;), ale o tym nie warto wspominać.
A więc z tych miłych. Druga połowa była bezdeszczowa.
Były świerszcze łapane dziecięcą ręką. I piski radości. Pajęczyny przetykane kroplami mgły, wszystkie spod mistrzowskiej ręki pająka Zbycha ;). I zapach jeziora. Zamek joannitów górujący nad miejscowością zupełnie jakby nie podlegał pruskiej kasacji. Były ostatnie poziomki. I słońce w czasie rejsu rowerem wodnym (plus telefon, który na dno poszedł na zawsze, bez pożegnania). Ostatni dzień smakował winogronami, który to smak chcieliśmy przedłużyć wizytą na zielonogórskim Winobraniu, ale po półgodzinnym poszukiwaniu miejsc parkingowych (skutecznym) i kolejnym półgodzinnym porwaniu i unoszeniu przez tłum, bez widoków na cokolwiek, o butelce pochodzącej z lubuskich winnic nie wspominając, daliśmy sobie spokój...( chyba nie nadaję się do dużych miast...)
Czy wypoczęłam ? - hmm...
Czy było warto ? - dla widoku jeziora ze środka tafli, przejrzystości wody, zapachu deszczu, kilku chwil słońca na jasnych i ciemnych gronach, dziecięcej radości z posiadanych koników w wersji mini  - tak :)
A kolejne zdjęcia i posty będą przetykane tym ostatnim słońcem i przepełnione optymizmem ;), teraz tylko zapowiedź - dla odmiany analogowa i życzenia słonecznego weekendu ;).







07:15:00

Okiem stolarza ;)

Okiem stolarza ;)

    Goerlitz to też piękna stolarka, drzwi z epoki, sporo secesji i trochę tych starszych epok. Z portalami, kartuszami, czasem witrażami lub owinięte ciasno zielonym jeszcze bluszczem. Z przedsionkami, długimi holami wprost do wewnętrznych drzwi, oplecione winoroślą, połyskujące złoconą klamką. Odnowione i takie do renowacji. Skrzypiące i naoliwione. Kolorowe. Zachęcające do wejścia, a więc wejdźmy dziś razem ;)




 

 




  











Copyright © 2016 Zwidokiemnaobelisk.pl , Blogger