16:09:00

Do grzańca na pokuszenie :)

Do grzańca na pokuszenie :)
 
Jarmarki bożonarodzeniowe, grzane wino, anioły przemykające między ludźmi, ocierające się skrzydłami o przechodniów, którzy nagle czują w sobie radość. Zmarznięte dłonie grzane kubkami gorącej czekolady lub uniesione nad ogniskiem. Orzechy w prostych misach i dziadkowie do orzechów, w drewnianych mundurach, gotowi do bitwy z siedmiogłowym królem myszy.
Pierniki w rozmaitych kształtach, huśtające się na choince, pomiędzy złotymi łańcuchami. Bombki wdzięczące się do  gwiazdki z nieba.
I rumasznice. Świąteczne. Zapach i smak mojego dzieciństwa. Ciastka wyrabiane nie w oparach, a w winie. Duszone w syropie. Ciężkie, lepkie słodyczą, skrywające orzech. Trochę dekadenckie. Nieco rozpustne. Na pokuszenie...








Przepis na rumasznice:
50 dkg stopionego masła
3 łyżki octu
1 szklanka wina (ja dałam czerwone, słodkie, ale może być inne)
2 jajka
75 dkg mąki

obrane włoskie orzechy do włożenia do środka

na syrop:
1,25 l wody
75 dkg cukru

Ze wszystkich składników zagnieść ciasto (powinno mieć konsystencję ciasta drożdżowego, jeśli trzeba, należy dodać mąki), odrywać niewielkie kawałki i zawijać w nich połówki orzechów w kształt owalnej kluski (przypis mojej mamy ;). Ułożyć na blaszce (można dość blisko, ponieważ nie rozrastają się zbytnio) i włożyć do nagrzanego do 180C piekarniki na ok. 25 minut (mają być rumiane).
W międzyczasie z podanej ilości cukru i wody ugotować syrop (można dodać zapach tzn. w wersji dla dorosłych np. nakrętkę rumu, dla dzieci esencję waniliową lub 1-2 łyżki miodu).
Wyjęte z piekarnika i jeszcze ciepłe ciasteczka wrzucać do gorącego syropu na ok. 3-5 minut (trzymać je tylko tak długo, aby wchłonęły syrop). Najsmaczniejsze jak poleżą choć jeden dzień (o ile się uda ;)

I Z TYM SŁODKIM AKCENTEM ŻYCZĘ WAM
NA NADCHODZĄCE ŚWIĘTA
NIE WORKÓW PREZENTÓW,
A ZDROWIA, RADOŚCI I NADZIEI
TYLKO TYLE I AŻ TYLE...

20:02:00

Ubiegł nas Tarantino...

Ubiegł nas Tarantino...
  
    Chcieliśmy w czasie ostatniej wizyty w Görlitz sfotografować najpiękniejszy secesyjny dom handlowy (ponoć najpiękniejszy przedstawiciel stylu w całych Niemczech), w którym gościłam dawnymi czasy podczas każdej wizyty w tym mieście i zawsze kupowałam choćby drobiazg, dla samej przyjemności kupowania w tym miejscu. Ażurowe barierki, schody, niesamowita przestrzeń...nigdy jednak nie zrobiłam zdjęcia w środku...



I szybko nie zrobię, gdyż sklep zamknięty od dawna, z jedyną czynną perfumerią w środku, nie zdradza już swojego pięknego wnętrza. Ponoć ma być plenerem filmowym najnowszego filmu Quentina Tarantino (tajemnica poliszynela od kuzynki - charakteryzatorki w tamtejszym teatrze ;), choć oficjalnie nadal do nabycia.
Nie jest to pierwszy film reżysera w tym mieście, całkiem niedawno kręcono tu "Bękarty wojny", a więc jak jesteście chętni, nadal można wpisywać się na listę statystów ;), a tymczasem kilka ujęć w zimowej odsłonie  ( Untermark znany z wymienionego filmu w zupełnie niewojennej odsłonie był tu, tu i tu ;)






Może nie takim tramwajem, ale na podobnej trasie jako konduktorka w filmie "Lektor" jechała Kate Winslet (tak, tak, też kręconym w Görlitz ;)


Aaaa, czy wspomniałam, że nie tylko ja i Tarantino mamy sentyment do tego miasta ?, swoje urodziny obchodził tu również Nicolas Cage, ale o jego motywach może innym razem ;)...


00:05:00

Co Ty na to Coco ?

Co Ty na to Coco ?
   
    Nie miałam przekonania do tej wystawy. Nie poszłam na wernisaż. Miesiąc ją ignorowałam. A gdy świat przykrył śnieg, mimo wszystko wdepnęłam do galerii. 
W ostatnich dniach wystawy "Coco. Kobiety z pasją". Doświadczyłam koloru. Emocji. 
I pasji. Bo trzeba entuzjazmu, żeby poświęcić lata na poznanie dość kontrowersyjnej kobiety, której nie sposób już poznać, gdyż większość tajemnic, mimo starań biografów, zabrała ze sobą...Uczynić ją swoją muzą...Współpracować z historykiem specjalizującym się w związkach zawodowych. I próbować ekspresyjnie uchwycić sprzeczność kobiecej natury...
Mimo iż nie zainwestowałabym 28 tys. euro w płótno Rainera Magolda  ( nie tylko dlatego, że ich na zbyciu nie mam :), a podobały mi się głównie te najdroższe (pewnie te, które podróżują po całym świecie - wcześniej podobno zawitały w Hongkongu, Nowym Jorku, Londynie i Wrocławiu ), wystawa warta jest uwagi. Dla chętnych ekspozycja jeszcze do piątku. A wywiad z autorem możecie przeczytać tu.


Ciekawe czy Gabrielle Bonheur Chanel zwana Coco odnalazłaby tu swoją prawdziwą twarz i z którym płótnem powędrowałaby do domu :)?

21:18:00

Mówiłam, że zimą usiądę na tyłku? Kłamałam...

Mówiłam, że zimą usiądę na tyłku? Kłamałam...
     
    Mówiłam, że zimą usiądę na tyłku? Kłamałam... a może właściwie nie, bo oficjalnie zimy jeszcze nie ma.
Ale Jarmarki Bożonarodzeniowe już tak :), a może między kramami i choinkami kręci się jakiś Mikołaj, któremu można wrzucić liścik z życzeniami wprost do kieszeni, żeby zaoszczędzić czasu :)?
W każdym bądź razie nie zraził nas mróz, śnieg ani to, że dwa dni wcześniej auto zaczęło tańczyć piruety na lodzie (o zgrozo, bo postury baletnicy mu brak ;). A więc pakując sanki, termos i kanapki na wypadek zaspy lub utknięcia w korku, dodatkowe ubranie w razie zamienienia się w sopel lodu oraz wymuszając u dzieci przyrzeczenie "niesępienia" ;) wyruszyliśmy na tradycyjny, niemiecki. Z obawy przed brakiem miejsc parkingowych, zastopowaliśmy po polskiej stronie, zamieniając cztery koła na dwie płozy.
Pokusy na każdym kroku ;), głównie kulinarne: grzaniec i smakołyki na słono i słodko. Kramy, kramiki, latarenki przed wejściem do sklepów. Mnóstwo ludzi, degustujących, rozmawiających, przystających. Całe hale rzeczy ręcznie robionych i tych drewnianych, i dmuchanych ze szkła. Stare karuzele dla dzieci. Pobliskie sklepy i kafejki otwarte do późna, zachęcające do wejścia otwartymi drzwiami i żywym ogniem do zagrzania zziębniętych dłoni. 









Największy urok jarmark oczywiście ma po zmroku, gdy świece, ogniska i latarenki dają uczucie ciepła, zapach grzanego wina i prażonych orzeszków koi zmysły. Nic dziwnego, że spędziliśmy tam szmat czasu.
Po kilku godzinach ciągnięcia sanek ( nie zawsze po pokrytym śniegiem podłożu ;), rozumiem jak może się czuć Rudolf z zaprzęgu Mikołaja po intensywnym dniu czy raczej nocy ;). Teraz już obiecuję sobie, że ciepły koc i dobra książka dopóki nie odzyskam władzy we wszystkich czterech kończynach ;).


18:38:00

Zamiast rózgi...

Zamiast rózgi...

    Wierzycie w św. Mikołaja? 
Ja wierzę, odkąd kiedyś zapukał do moich drzwi, ale ponieważ byłam sama, mocno nieletnia i uczulona na to, żeby nie otwierać drzwi obcym, a kto jak kto, ale św. Mikołaj nie został mi nigdy przedstawiony ;), nie otworzyłam, choć wizja korzyści była niezwykle kusząca...
A mimo to, gdy po dłuższym czasie, po sprawdzeniu przez wizjer, że pusto na korytarzu, uchyliłam leciutko drzwi, na progu leżał worek wypełniony jabłkami, orzechami i słodyczami i, o ile pamięć mnie nie myli, z zatkniętą rózgą ;).
Po dziś dzień nikt do tej paczki się nie przyznał i była to najradośniejsza mikołajowa paczka, jaką w dzieciństwie otrzymałam ;).
Moja starsza córka natomiast na istnienie św. Mikołaja ma zgoła inny argument, stwierdziła, że skoro kiedyś dostała rózgę, to znaczy że musi istnieć (chyba w myśl zasady, że kochający rodzice dzieciom rózg nie podrzucają ;).
    Lubię ten rytuał wieczornego zostawiania małego ciasteczka na parapecie, oczekiwanie, żeby przyłapać podkładającego prezent na gorącym uczynku i senne powieki zasypiające późno w noc, a rano krzyk radości "dziękuję Mikołaju" ;).
Czy sama czekam tego dnia na prezenty? Nie. O wiele milej jest dawać ;)
A Wam życzę, żebyście zostali obdarowani, ale także, żebyście sami potrafili tym Mikołajem być, nie tylko dla bliskich i nie tylko w tym jednym dniu ;)
 

16:39:00

Agonia z Bramą Brandenburską w tle

Agonia z Bramą Brandenburską w tle

 
Agonia trwa tu od dawna...
Ukochany plener fotografów, gdzie pryzmaty słońca zlatują jak anioły i na 92 kolumnach układają się w słoneczny zegar ostatnich chwil, minut, godzin... Nikt nie wie, ile to jeszcze potrwa, ale też nikt nie chce podjąć próby reanimacji...
Autorstwo tej klasycystycznej perełki przypisuje się K.G. Langhansowi, temu samemu, którego Brama Brandenburska w Berlinie, piramida w ogrodach Poczdamu oraz wiele innych dzieł mają się nadzwyczaj dobrze. A żeliszowska sierota, na prostokącie z półkolistym zakończeniem z owalną nawą otoczoną opieką drewnianych empor leży już niemal krzyżem...
Neogotycka wieża z pracowni Gansla, bliźniacza siostra tej, która niczym obraz w moim oknie, malowniczo wraz z zachodem słońca żegna każdy mój dzień, próbuje dźwigać ciężar na sobie...
Agonia trwa tu od dawna, ale eutanazji nie będzie ...


 




 
Aby poczuć magię tego miejsca obejrzyjcie The Chapel a short film, którego autorem jest Patryk Kizny, a gra świateł i muzyka mnie zachwyciła...


15:22:00

Zielona wyspa

Zielona wyspa

    Najbardziej zielona z egipskich świątyń, nie zatopiona jak Atlantyda, mimo iż Jezioro Nasera chciało ją pochłonąć. Mieszka teraz na Egelice i nie już matką życiodajnych wylewów Nilu. 
Mimo iż nie przesadza się starych drzew, to w przypadku kamieni sprawdza się to dobrze. 
Pół kilometra od zatopionej przy budowie Tamy Asuańskiej wyspy, na nowym terenie, przeniesiona, nie protestuje, dumnie grzejąc się w słońcu. Ocalała.
I chociaż kult Izydy upadł, świątynia z File kwitnie... 

Copyright © 2016 Zwidokiemnaobelisk.pl , Blogger