21:19:00

Karty winnicą pachnące

Karty winnicą pachnące
  
W Dniu Książek dotarła do mnie paczuszka z kuchnipełnejsmaków  :).
Dwa tomiki Ferenca Máté, pisarza, który wraz z żoną malarką przeprowadza się do Toskanii, żeby zrealizować swoje marzenie o własnej produkcji wina.
    I wróciły wspomnienia dotyczące pnących się winorośli, zbiorów słodkich gron i chłodnej piwniczki pełnej omszałych butelek. Bo odkąd pierwszy raz ujrzałam winnicę, było to w dawnych i jeszcze nieletnich czasach, marzyłam o zostaniu właścicielem takiej właśnie posiadłości. I choć przysłowie "chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach" jest w moim życiu jak najbardziej adekwatne, to to niespełnione marzenie gdzieś tam się tli.
    Wbrew pozorom nie były to winnice francuskie czy włoskie. Pierwsze z jakimi miałam styczność to winnice reńskie,  w okolicach Bonn, zadziwiająco małe, niskopienne, rodzinne, usytuowane nad samiutkim Renem. Gdzie klimat zbliżony wydawał się do naszego i nieodpowiedni dla wiotkich pędów z wielkim apetytem na słońce.
    Z czasem oczywiście dowiedziałam się, że produkuje się tam głównie białe wina, ponieważ potrzebują mniej słonecznych godzin niż statystyczne 1500 :).
Ale te, które mam zawsze przed oczami, ilekroć zamknę powieki, które obudziły to pragnienie, to porośnięte winoroślą strome zbocza Szwajcarii, skąpane w południowym słońcu. Takie widziałam spoglądając w dół i choć minęło już sporo czasu od tamtego momentu, obraz jest nadal niezmącony.
    Były to czasy dawne, mocno nieletnie, gdzie pinot noir czy cabernet sauvignon nic mi nie mówiły, a już kompletnie nie przyszłoby mi do głowy zastanawiać się nad temperaturą podania, by lepiej uwydatnić bukiet. Etykieta ze skrótem A.O.C. czy A.O.V.Q.D.S. brzmiącym jak tajny kod, prosiłaby się o odszyfrowanie przez speca rodem z tajnego zgromadzenia templariuszy.
   Potem były czasy bardziej letnie, poznanie niektórych zasad i trików ( np.błyskawiczne schłodzenie szampana osiągniemy wrzucając garść soli do lodu, w którym umieszczamy butelkę ;) i powroty z Francji z bagażem, którego główną zawartość stanowiły rozmaite butelki pieczołowicie zawinięte w ubrania i poukładane równiutko, żeby w czasie trzydziestokilkugodzinnej podróży autobusem nie wydał nas ich dźwięk

    I choć powstają też winnice w Polsce i nawet nocowałam w takiej małej, niezwykle urokliwej prywatnej winnicy  :), jakoś nie kojarzą mi się z naszym klimatem... 
Te braki rekompensuję sobie poniekąd mężem z domieszką włoskiej krwi po prapradziadku i lampką wina co rusz, cóż, na razie musi wystarczyć ;)...

14:11:00

Flakon od francuskiej damy

Flakon od francuskiej damy
Pierwsze prawdziwe perfumy nabyłam jak przystało we Francji :)
I to bynajmniej nie ze snobizmu, a chyba z nadmiernego taktu tzn. nie umiałam odmówić :).
Była to mała perfumeria w Lourdes, mała, ale z ilością towaru równą niemal dzisiejszym sieciom.
Kolorowe buteleczki i pudełka ułożone w sposób znany tylko wtajemniczonym, ja tego kodu rozgryźć nie mogłam :).
Ze stojącą na zewnątrz kobietą, opartą pewnością wyprostowanych pleców i nienagannej sylwetki o szklaną taflę drzwi, która niezmiennie przypomina mi Helenę Rubinstein. I mniej więcej w jej wieku z przedstawiających markę plakatów.
A więc dobiegającą pod siedemdziesiątkę (  u nas by takich ze świecą szukać). Której wiek zdradzały tylko dłonie, mimo iż usilnie starała się temu zapobiec, wcierając w nie co rusz krem z kolorowych tubek. 
Było to skojarzenie bardzo trafne, bo jak się okazało, była to jej ulubiona marka (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że Helena Rubinstein urodziła się na krakowskim Kazimierzu, nie wiem, czy ona wiedziała lansując Polce tą markę, ale śmiem przypuszczać, że tak ).
Czerwona szminka na ustach i ciemne kreski wokół oczu, lśniące czarne włosy ściągnięte w węzeł na karku. Elegancja i styl, która z wiekiem nie ma nic wspólnego.
Zachęciła mnie do wejścia, nie zrażając się moją nieudolną francuszczyzną. I opowiadała o sobie, swoim sklepie, zapachach, mężczyznach... Tak, że naprawdę chciało się tam zostać na dłużej... (na tyle, że spędziłam z nią niemal całą dwugodzinną przerwę w pracy).
To nie był bezimienny sklep, gdzie można śmiało dotknąć każdego przedmiotu. To był seans wizażu, psychologii i ciekawości świata, po którym następowały osobiste pytania i dopiero dłoń sięgała do półek wracając z wybranymi flakonami.
I choć nie było mnie na nie stać, wyszłam z buteleczką Cacharela, bo w tym sklepie cena nie była niedostępna, była dostosowana do klienta. Czy na tym straciła ? Nie, to była mądra kobieta, wróciłam do niej jeszcze nie raz w czasie naszego pobytu i nadal mam nadzieję, że jeśli uda nam się zrealizować plany, nie tegoroczne, ale takie do spełnienia, to odwiedzę tą perfumerię i znowu spotkam kobietę o wyglądzie Heleny Rubinstein...

13:32:00

Wielkanocnie

Wielkanocnie
  Na wszystko przychodzi pora. Na Wielkanoc też. Co roku, jak zawsze, spieszymy się z myciem, sprzątaniem, pieczeniem i czasem zapominamy o ich prawdziwym wymiarze... więc...

i tym, którzy świętują teraz i tym, którzy Paschę będą obchodzić nieco później,
tym którzy dzielą się jajem i tym, którzy zanoszą je na groby zmarłych

Życzę Świąt tradycyjnych, rodzinnych, ciepłych...białych kwiatem jabłoni i pachnących babką,
chwili refleksji i duchowej odnowy wraz z przesileniem wiosennym

 P.S. A za przepiękne pisanki dziękuję Tacie ;)

Copyright © 2016 Zwidokiemnaobelisk.pl , Blogger