22:38:00

O medycznej stronie turystyki

O medycznej stronie turystyki



    Trafiłam niedawno na temat turystyki medycznej. Temat ostatnio modny, ale również intratny sektor przemysłu, wspierany także     przez Ministerstwo Gospodarki, które uruchomiło nawet specjalny program promocji samej branży turystyki medycznej.
    Temat sam w sobie stary jak świat, jak długo po wygnaniu z raju istnieją choroby i nasza przemożna chęć powrotu do pełnej sprawności fizycznej i duchowej. Albo jak bardzo przeklinana była Pandora za swoją puszkę, z której wypuściła wszelkie zło, troski, a zwłaszcza choroby.
Bo przecież, czy turystyką medyczną nie była droga odbyta do szamana mieszkającego na drugim końcu kolejnej wioski? Albo poszukiwanie ziół rosnących tylko w jednej górskiej, dalekiej dolinie? A jeżdżący do wód wątli romantycy, wśród których było wielu znanych swojej epoce, jak nasz Fryderyk Chopin, ale do których pojechać często po prostu wypadało, nie tyle dla poratowania zdrowia, ile dla rozrywki i utrzymania odpowiednich relacji towarzyskich?
Samej zdarzało mi się jeździć do akademickich ośrodków po ratunek. A mieszkając stosunkowo blisko granicy patrzę jak wyrastają jak grzyby po deszczu kolejne placówki oferujące np. stomatologię estetyczną, nastawione nie tyle na mieszkańców, ale na przyjeżdżających zza zachodniej granicy turystów nie tylko po nasze produkty lokalne, smaczne artykuły spożywcze, sławetną ceramikę, ale i coraz częściej właśnie po usługi, których jakość jest naprawdę wysoko ceniona jako spełniające europejskie standardy, przy cenach co najmniej o 1/3 niższych od średnich w wysokorozwiniętych krajach (choć spotkałam się z opiniami, że w niektórych sektorach zdarzają się zabiegi niższe nawet o 80%, co wydaje się lekką przesadą, niemniej na pewno są mocno konkurencyjne) .
Pamiętam jak pracując jeszcze w biurze podróży, częstym kierunkiem wyjazdów uzdrowiskowych, ze względu na niską cenę, były sanatoria w Druskiennikach na Litwie lub w Truskawcu na Ukrainie. Każdego wyjeżdżającego uprzedzaliśmy, że standard obiektu kiepski, ale za to jakie zabiegi.  I takie też przywozili wrażenia pensjonariusze. Dziś te miejscowości aż kipią ofertami na wysokim poziomie, termalnymi aquaparkami oraz świetnym zapleczem hotelowym.
Również nasze rodzime uzdrowiska to już też nie tylko smaganie biczami wodnymi  i picie mocno siarczystych wód, których aromatyczny chlorowodorek był w stanie powalić tych bardziej wrażliwych na zapach. Teraz to kompleksowe ośrodki, oferujące pełen wachlarz usług, poczynając od odebrania kuracjusza ze stacji lub lotniska , poprzez ocenę stanu zdrowia i dostosowaniem do niego diety oraz programu pobytu, solankowe kąpiele, masaże i relaks w grocie solnej, zajęcia z indywidualnym trenerem body artu, z wyjazdami pozwalającymi poznać turystyczne walory okolicy włącznie. Wiele razy przemierzając zamkowe korytarze, zwłaszcza w okresie letnim, spotykamy całe sanatoryjne turnusy ;).
Możliwość wyszukania taniego i szybkiego środka transportu oraz cena nie pozostaje bez znaczenia.  Również dla naszych bliskich,  którzy z przyczyn ekonomicznych z wizją lepszych zarobków wyruszyli na podbój wysp oraz stałego lądu, oferującego wyższy standard życia, teraz i oni raz na jakiś czas wracają z emigracji na poratowanie zdrowia w ojczyźnie.
Właśnie z powodu cen i jakości dla wielu Europejczyków (głównie Niemców, Skandynawów i Brytyjczyków),  Polska jest, obok Czech, Turcji i Węgier, mekką medycznej turystyki, nie tylko dla chcących poprawić urodę, ale przede wszystkim dla poratowania zdrowia i poddania się usługom stomatologicznym, okulistycznym czy chirurgicznym.
A Wy korzystacie?

21:32:00

Mamom

Mamom
Aby macierzyństwo poruszało czułe struny...muzyki miłości

22:39:00

Love lodowe...przepis na domowe lody - nie dla będących na diecie ;)

Love lodowe...przepis na domowe lody - nie dla będących na diecie ;)
    Kiedy byłam mała (wieki temu ;) w słoneczne niedziele obowiązkowy był spacer brzegiem rzeki zakończony lodami "U Rybaka". Stało się w długiej kolejce po to, by chwycić w dłonie wafelek z kulkami lodów o smaku zapamiętanym jako niemal równy nektarowi bogów i z miną zdobywcy odkrywało kawałki owoców. Moim rekordem było 6 kulek, pewnie został pobity...
Były też lody kręcone w budce w drodze do szkoły, tzw. włoskie, którą to budkę całą bandą odwiedzaliśmy co najmniej dwa razy dziennie przez pięć dni tygodnia, nigdy nie odchodząc z pustymi rękami, dzięki niezwykłej hojności właścicielki, która nawet gdy mieliśmy tylko kilkanaście groszy albo byliśmy w ogóle bez grosza, szeptem wołała nas i dawała choćby malutki lodowy ślad w rożku.
Te smaki ciężko mi dziś odnaleźć (choć nie ustaję w poszukiwaniach). I także dzięki temu od jakiegoś czasu w dolnej szufladzie naszej lodówki mieszkają (choć zadziwiająco szybko mają nowych zastępców ;) domowe lody: proste, smaczne, owocowe, bez jajek i zbędnych E ;).


Przepis na domowe lody:
kubeczek 200 ml śmietanki 30%
2 łyżki cukru pudru
ok. 250 g truskawek (lub innych sezonowych owoców)
1/4 szklanki mleka

Wrzućcie wszystko do blendera i mieszajcie przez około pół minuty (blender można też zastąpić mikserem albo energicznie ubić ręcznie). Jeśli zależy Wam na widocznych, dużych kawałkach owoców, dodajcie je już po zblendowaniu śmietanki i delikatnie wymieszajcie.
Napełnijcie dowolne foremki (z podanej ilości wychodzi 12 lodów na patyku) i włóżcie na co najmniej pół godziny do zamrażarki.
Przepis możecie dowolnie zmieniać, dodawać więcej lub mniej owoców, pominąć cukier, zastąpić trzcinowym lub innym, mieszajcie, eksperymentujcie, degustujcie.
Korzystajcie przez całe lato, a nawet przez cały rok ;)

21:42:00

50 twarzy lnu...Pałac Łomnica

50 twarzy lnu...Pałac Łomnica

Tam, gdzie len nie tylko lniany ma kolor,
gdzie czas nie stoi w miejscu, ale zwalnia swój bieg,
gdzie potomkowie dawnych właścicieli odnaleźli swoje miejsce
i gdzie Karkonosze rzucają cień na angielski park...Pałac Łomnica


Tuż za Jelenią Górą zaczyna się Dolina Pałaców. A może nie zaczyna. Może ciągnie się się wcześniej i dalej, ale ja moją podróż poprzez Dolinę Pałaców i Ogrodów Kotliny Jeleniogórskiej zacznę właśnie od tego miejsca.
Jedziemy z widokiem na ośnieżone nadal Karkonosze w mocnym, rannym słońcu. Przedpołudnie w Pałacu Łomnica. Cztery budynki po obu stronach drogi, które mimo oddalenia zgrabnie tworzą folwark. Przechodzące od średniowiecza do naszych czasów przez wiele rąk, teraz pod skrzydłami polsko-niemieckiej fundacji.
Można zwiedzić barokowy pałac albo delektować się smakami tego miejsca. W każdym pomieszczeniu kompozycje z ciętych kwiatów. Jesteśmy jedynymi w tej chwili gośćmi, choć telefon w recepcji dzwoniący z prośbą o rezerwacje kolejnych stolików świadczy, że sytuacja ta nie potrwa długo. Pijemy zatem kawę i zagryzamy słodkim mając to miejsce, obsługę i ciszę przez chwilę na wyłączność ;). 

Podoba mi się przedpołudniowa atmosfera i dyskretny personel. Chodzimy po piętrach Lnianego domu towarowego swobodnie, nie czując oddechu na karku, jak to nie raz w różnych miejscach bywa. Lniane sukienki, tuniki, spodnie, damskie, męskie, dziecięce... Kolejne piętro to len dla domu. Cudowny. I w kolorze morskiej, wzburzonej toni i łagodnie słonecznej Toskanii. Na stylizowanych stołach, nakryte od obrusa po sztywno wykrochmalone serwety obok kryształowych kieliszków,  w gotowych sypialniach, albo w belach, do kupienia na metry i samodzielnego wyczarowania czegokolwiek.

Można zajrzeć do sklepu, własnej piekarni czy folwarcznej kuchni, skosztować co nieco albo umówić się na kulinarne warsztaty. Podejrzeć pasące się owce i posłuchać śpiewu ptaków.
Jeśli lubicie miejsca, gdzie czas zwalnia, to będzie miejsce dla Was.


a przez rzekę drugi pałac, ale o tym następnym razem...




Booking.com

08:43:00

Hej orły, sokoły...pokazy sokolnicze na Majówce Rycerskiej w Zamku Kliczków

Hej orły, sokoły...pokazy sokolnicze na Majówce Rycerskiej w Zamku Kliczków

   Na jakiś czas odpuściliśmy sobie majówki w Zamku Kliczków. Głównie przez pogodę. Ale tym razem po południu się przejaśniło i postanowiliśmy ruszyć. 
O samym zamku było tu nie raz (tu, tu i tu). Tym razem ilość ludzi przerosła nasze najśmielsze oczekiwania (i miałam wrażenie, że organizatorów również ). 
Udało nam się jednak zobaczyć pokaz, choć nie był długi, ze względu na bezpieczeństwo ludzi i ptaków, przy takiej ilości rozpraszających bodźców.
Na plus zasługują dwie rzeczy: atrakcje na zamkowym terenie związane wyłącznie z rycerskimi klimatami, od rzucania młotem w pień poprzez kramy, na których nie było tandety, a jedynie zabawki i akcesoria, nabywając które można było przeobrazić się w co najmniej damę dworu, a w męskiej wersji od Robin Hooda do rycerza okrągłego stołu. Po drugie ceny: za serię rzutów do celów trzeba było uiścić 2 złote i to nasze, polskie, a nie z cennego kruszcu, to samo dotyczyło zabawek, drewniane konie na patyku, proce czy damskie wianki nabywało się za 10 zł, co nie rujnowało portfela. Na temat wszelkich kramów porozkładanych wzdłuż traktu do bram zamku się nie wypowiem, bo nie zwiedzałam.
Natomiast zdecydowanie aż się prosi dobra organizacja ruchu i miejsc parkingowych, gdyby nie to, że kierował mój mąż, samochód zostawiłabym w sąsiedniej wsi i przyszła pieszo...
Jeszcze przed bitwą odwiedziliśmy stajnie, po czym zwinęliśmy się do domu (co niektórzy na świeżo nabytych wierzchowcach).
P.S. Wiem, że mam ogromne blogowe zaległości, nie obiecuję poprawy, ale wszystkich, którzy chcą być bardziej na bieżąco zapraszam na obeliskowy fb ;).  
Copyright © 2016 Zwidokiemnaobelisk.pl , Blogger