20:57:00

Niespodzianka wypalanka czyli jak powstaje kubeczek


Kończąc ceramiczne wpisy, zabiorę Was do wnętrza zakładów ceramicznych, aby pokazać proces powstawania.
Aby otrzymać produkt końcowy, niezbędne jest uformowanie masy, dwukrotne pieczenie, w międzyczasie szkliwienie, leżakowanie, zdobienie...a więc zaczynamy ;).
Najpierw glinie należy nadać odpowiedni kształt, odkładając ją później na formę, aby tego kształtu zawczasu nie utraciła.



Następnie do niektórych wyrobów np. kubków, doklejane są elementy dodatkowe jak uchwyty ( używany jest do tego tzw. klej czyli glina z wodą). Doświadczony pracownik w ciągu 8 godzin pracy dokleja ich przeszło 700.


Kolejnym etapem jest pierwszy wypał. Robi się go w temperaturze 800-850 C przez 8 godzin, po czym takie lekko różowe półprodukty muszą przynajmniej 4 godziny poleżakować. Otrzymany półprodukt nazywany jest biskwitem.


Następnie dostają się w ręce pracowitych i utalentowanych malarek, które nanoszą na nie, w zależności od upodobań klienta, mniej i bardziej skomplikowane wzory w różnych kolorach. Część nanoszona jest metodą stempelkową czyli zanurzonym w farbie stempelkiem z gąbki, inne są malowane ręcznie, wtedy mają dopisek "unikat". Jako ciekawostkę dodam, że większość kolorów jest zbliżona do tego co widzicie po przejściu wszystkich etapów, natomiast ten ciekawy lila odcień to to, co w ognistych płomieniach zmienia się w kobalt.




Ponieważ nie chcemy mieć surowych, a przyjemne w dotyku, emaliowane wyroby, nasze naczynia muszą zostać zanurzone w szkliwie, przez co wyglądają jak pokryte mleczną farbą. Oblanie szkliwem wymaga wprawy, złe spowoduje to, że będą nierówności, trzeba też wytrzeć szkliwo ze spodu, aby nie przywarło do pieca.




Drugi wypał trwa dłużej i atmosfera jest bardziej gorąca, bo odbywa się w aż 1250 C przez 11-15 godzin, po których następuje przynajmniej kolejne 4 godzinki odpoczynku .  


 
Po dwóch pobytach w piecu początkowy produkt traci ok. 15 % swojej masy i taki odchudzony trafia do sklepów na całym świecie (często w 80% do Stanów Zjednoczonych). 



i dla tych, którzy chcieliby nieco więcej koloru mały dowód, można? można ;)

Zdjęcia zrobione w bolesławieckiej "Manufakturze".

P.S.  Jeśli nic nie pomyliłam, to rzecz się ma właśnie tak ;).
Angina ma jednak swoje dobre strony - wreszcie skończyłam zaległy post ;)

52 komentarze:

  1. A gdzie zdjęcia?! Ja bez zdjęć nic nie rozumiem ;D
    Tak czy owak, przeczytałam to z zapartym tchem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przepraszam Funitko, to zemsta bloggera, wystartował z wpisem na poziomie roboczym ;)

      Usuń
  2. Kochana genialna opowiesc...czytalam z zapartym tchem kolejne etapy powstawania tych cudeniek...dziekuje za piekna relacje!!!!
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. :) ubawiłam się, bo w trakcie czytania, zadawałam pytanie i odnajdowałam odpowiedź w następnym zdaniu :) Dziękuję!


    A komplementy działają! Więc do dzieła :)

    Zdrówka życzę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jakbyś na któreś nie znalazła odpowiedzi - pisz ;)
      P.S. potwierdzam działanie z autopsji ;)

      Usuń
  4. Fajna ta wycieczka dzięki serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kilka razy pokazywałam samo stempelkowanie, więc przyszedł czas na proces w całości ;)

      Usuń
  5. Pięknie tu i ciekawie u Ciebie, dziękuję za odwiedziny bo dzięki nim mogłam trafić do Twojego zaczarowanego świata :). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. super, dziękuję za przybliżenie tego procesu. Kiedyś malowałam i wypalałam gotowe naczynia, ale fakt przyklejania 700 uchwytów w 8h mnie zmroził! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pewnie są i tacy, którzy potrafią szybciej ;)

      Usuń
  7. Jo, dla mnie ten Twój, Wasz... cały Bolesławiec jest magiczny za sprawą Manufaktury i stempelków... a Twoje posty czynią go jeszcze piękniejszym niż jest w rzeczywistości. Ja Cie czytam to... chciałabym się tam przeprowadzić:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szkoda byłoby Twojego Pomorza, ale za to mogłabym Cię gościć na kawie i liczyć na te apetyczne ciacha ;)

      Usuń
    2. Podpisuję się pod tym! mogłabym tam żyć i pracować.

      Usuń
  8. Czesto kupujac juz gotowy produkt, nie zdajemy sobie sprawy jaki on musial przejsc dlugi i skomplikowany proces produkcji, zanim trafil na sklepowa polke:)
    Dziekuje Ci za te "oswiecajaca" super wycieczke!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie, wtedy łatwiej zrozumieć, dlaczego tyle kosztuje

      Usuń
  9. Pasiaste kubasy - bomba!
    Wiesz co? Nie lubię brać do ręki nieoszkliwionej ceramiki.
    No to się zwierzyłam, a co!
    ;D

    OdpowiedzUsuń
  10. dla mnie to duża atrakcja odwiedzić zakłady ceramiczne Bolesławca
    dziękuję bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
  11. świetny post, a jaka atrakcja :) nieźle to opisałaś! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję za zabranie mnie w okolice ceramicznych cudeńków. ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Jestem wielbicielką kubeczków, miseczek i wszelkich naczynek. Teraz jak już wiem, jak je zrobić świat stoi przede mną otworem:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u nas można sobie i zrobić i wypalić, są specjalne zajęcia w pracowniach ceramicznych dla chętnych ;)

      Usuń
  14. Klik dobry:)
    Nie byłam nigdy w bolesławieckiej "Manufakturze". Jedynie obserwowałam proces powstawania ceramiki na wyspie Rodos. Nasza ładniejsza!

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  15. Kiedyś miałam przyjemność odwiedzieć takie miejsce. Przyznam, że jest to dość imponujące. Rzeczy z pozoru proste , najczesciej zadziwiają formą powstania.
    Pozdrawiam serdecznie i zyczę przyjemnego dnia

    OdpowiedzUsuń
  16. Świetny post, kiedyś też pracowałam w manufakturze ceramicznej, nazywanej ceramiką szlachetną dla odmiany od ceramiki kiblowo-łazienkowej, która mniemam jest nieszlachetna.
    Proces powstawania tych pięknych skorup jest dokładnie taki jak pokazałaś i opisałaś.
    Ja zajmowałam się malowaniem ceramiki i robiłam to wyłącznie pędzlami z bobrowego włosia dodatkowo zaokrąglanymi.... ech to taka pionierka wtedy była.
    Ze szkliwem jaja były niesamowite, bo często na zasadzie prób i błędów. Czasem cały wypał wychodził inny niż zamierzony..... no zabawa przednia. Do dziś uwielbiam zapach terpentyny, i ten taki chłód mokrych, wyciągniętych z formy przedmiotów. Ciepły odcień kruchych, ciasteczkowych biskwitów (w ogóle z angielskiego wzięła się nazwa).
    W ogóle uwielbiam skorupy.

    Przecudny post, dzięki i pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moje próby na zajęciach ceramicznych to też wypadkowa przypadku ;), a armatura łazienkowa chyba już weszła do "szlachetnych" salonowych form ;)

      Usuń
  17. miło się oglądało, interesująca notka:)

    OdpowiedzUsuń
  18. ale gorąca podróż po manufakturze :))))))))

    OdpowiedzUsuń
  19. Beautiful sets of the cups and plates....

    OdpowiedzUsuń
  20. Kurczę, ostatnio miałam problemy z dodawaniem komentarzy z "obcego" komputera. Zajrzałam do tego posta ponownie, żeby sprawdzić, czy może jednak się udało, ale chyba jednak nie, więc pozwolę sobie powtórzyć:

    Lubię takie wycieczki. Jako mała dziewczynka uwielbiałam szkolne wyjścia do złotoryjskiej fabryki bombek, jako studentka jestem zafascynowana jestem zwiedzaniem poznańskiego browaru Lecha (wygląda na to, że zainteresowania się zmieniają :P ). Z dużą radością szłam za Tobą na wycieczce po manufakturze ;)

    I zapatrzyłam się na ostatnie, tak kolorowe zdjęcie! Przyznam, że bolesławiecka ceramika kojarzyła mi się raczej z niebieskościami, a te barwy mnie bardzo pozytywnie zaskoczyły!

    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a wiesz, że ja w fabryce bombek jeszcze nie byłam ;(, za to pamiętam nieistniejącą już przetwórnię owoców i warzyw, jakie cudne etykietki dostaliśmy ;)

      Usuń
  21. urzekły mnie te białe,przed pomalowaniem jeszcze :) kocham białe kubeczki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tylko takie białe od szkliwa nie nadają się do picia...

      Usuń
  22. Dziękuję za ten post, ja też kocham bolesławiec, mam go mnóstwo, chociaż ostatnio z powodu braku miejsca musiałam ograniczyć się do małej witrynki: http://kobietapoczterdziestce.blogspot.com/2013/09/dom.html,
    zapraszam i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja aż tyle nie mam, ale co roku coś tam staram się dokupić ;)

      Usuń
  23. Ciekawy post, można się dowiedzieć jak właściwie powstają ceramiczne naczynia znane z półek sklepowych. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  24. Ale super post! A patera w groszki z przedostatniego zdjęcia mnie rozkochała w sobie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. żałuję, że nie kupiłam, bo w czasie święta ceramiki były w naprawdę dobrej cenie... cóż, poczekam do kolejnego ;)

      Usuń
  25. Świetna wycieczka. Niesamowite jest oglądanie, jak z szarej gliny powstają takie kolorowe cuda.

    OdpowiedzUsuń
  26. Jak ja kocham ceramikę, a bolesławiec jeszcze bardziej i mogę oglądać bez końca te cudeńka :):)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Zwidokiemnaobelisk.pl , Blogger