Tropami Duszka Bogusia po Szczecinie

Tropami Duszka Bogusia po Szczecinie




    Najlepiej wspominane są wypady niespodziewane, do których, poza zapasową parą bielizny, nie trzeba się specjalnie przygotowywać. Tak trafiliśmy do Szczecina. Miasta, w pewnym sensie, dla nas sentymentalnego. Prawie jak Poznań
Witał nas słońcem, przepłaszał deszczem, ugościł ciastkiem z panoramą na 22-drugim piętrze, obok hotelu, gdzie spędziliśmy miesiąc w dawnych już czasach. Zaskoczył wspaniałą wystawą (Jan III Sobieski - marszałek, hetman, król - jeśli będziecie mieli okazję - polecam) na Zamku Książąt Pomorskich, na którego dziedzińcu dziewczyny z zachwytem wplątywały się w sieć. W informacji turystycznej zapytaliśmy o paszporty dla dzieci, jakie funkcjonują u nas, zachęcając do zwiedzania. Panie znalazły ostatnią w archiwum mapę, bo już po sezonie ;). Dziewczyny biegając po zakamarkach zamku, zdążyły zdobyć wystarczającą liczbę pieczątek do otrzymania nagrody. I z odznakami ruszyły dalej. 
W zimowe dni będziemy wspominać smak truskawek na Wałach Chrobrego i włoską knajpkę, gdzie na stolik trzeba było nieco poczekać (co u nas się nie zdarza, ale było warto ;) oraz eksperymenty w Mieście Nauki, jakie powinny towarzyszyć lekcjom fizyki (bynajmniej nie po to, żeby dać uczniom złudną nadzieję, że puszczą szkołę z dymem ;). 



















Booking.com
Jesienna feria barw - Pałac Staniszów

Jesienna feria barw - Pałac Staniszów

 

    Dzień mglisty, Karkonosze zasnute białym mlekiem. Pod Jelenią Górą mała, ale mająca swój rodowód w XIV wieku, miejscowość - Staniszów, a w nim aż dwa pałace. Ten, dawne dominium rodu von Reuss, zauroczył mnie pewnie nie mniej niż niegdyś Izabelę Czartoryską.  A właściwie najbardziej park, mimo iż jego powierzchnia wraz z lasami nie zajmuje jak kiedyś niemal 200 hektarów. Ale to nic dziwnego, w końcu zaprojektował go nikt inny jak Peter Josef Lenné (ten sam, który odcisnął swój ślad w Wojanowie - o tu ). Wiszące skały, sztuczna grota, pustelnia, pokój myśliwski - tym oszołamiał niegdyś. A dziś - intensywność kolorów, soczysta jeszcze zieleń, intensywnie żółta ochra opadających liści i plama czerwieni przykuwająca wzrok jak obrazy impresjonistów. Nadal kwitnące begonie i fuksje. My już w rękawiczkach, a przed nami nadal czynna fontanna. Staw. Cisza. Spokój. Niesamowita uroda miejsca. Jedno z tych, które rzuca urok tak mocny, że aż nie chce się stąd wyjeżdżać. Jedno z tych miejsc, gdzie mogłabym zamieszkać, niekoniecznie w pałacu ;).














Booking.com
Nie z Placu Pigalle ;)

Nie z Placu Pigalle ;)



   Nie trafiłam na pieczone kasztany, kiedy kilka miesięcy spędziliśmy w Annecy. Nie trafiłam na nie w Lourdes ani w Paryżu. Nie ta pora roku. Wiele lat myślałam, że są niemal niejadalne, po tym, jak przypominałam sobie smak obtoczonych w marcepanie wodnych kasztanów, którą obłędną ilością zostaliśmy nie obdarowani, a wręcz zasypani podczas jedynego Bożego Narodzenia, jakie spędziliśmy poza krajem. Choć namiętnie wyglądające, pastelowo kolorowe, nie przypadły mi do gustu i kolejne przynoszone w darze wkładałam do walizki, bo grzechem było wyrzucić, a tak rozdawaliśmy jako kulinarną ciekawostkę w czasach, gdy internet dopiero u nas raczkował i markety też nie organizowały dni kuchni różnych smaków.
Pieczonymi zachwycałam się podczas bożonarodzeniowych jarmarków, gdzie ich zapach przeplatał się z aromatem grzanego wina (koniecznie do powtórzenia w tym roku ;) i przez kolejne lata patrzyłam na owocujące kasztanowe drzewa w ogrodzie wujostwa. A kiedy doczytałam jeszcze nie tylko o ich odżywczych atutach ( m.in. potas, witamina B1, B2, C,  E, lecytyna, żelazo, kwasy nienatłuszczone ), ale o ich niesamowitych leczniczych właściwościach, o których wspominała już św. Hildegarda z Bingen -  (swoją drogą niesamowita osobowość średniowiecza ), postanowiłam je zrobić.
Właściwie ich przygotowanie w domowych warunkach nie jest bardzo skomplikowane, choć naturalnie takie "z ulicy" biją je na głowę. Przepisów pewnie jest wiele, poniżej podaję nasz sposób ;).






Przepis na pieczone kasztany:
Wybierając kasztany, celujemy w te jędrne, o błyszczącej skorupce. Nadgniłe należy wyrzucić. Następnie umyć i osuszyć, nadciąć na krzyż pękate skorupki, wrzucić do gorącej wody, podgotować 10-15 minut (powinny się lekko otworzyć), ostudzić i wsadzić na kolejne 10-15 minut do nagrzanego do 180C piekarnika. Smacznego.

Copyright © 2014 zwidokiemnaobelisk.pl , Blogger