Najlepiej wspominane są wypady niespodziewane, do których, poza zapasową parą bielizny, nie trzeba się specjalnie przygotowywać. Tak trafiliśmy do Szczecina. Miasta, w pewnym sensie, dla nas sentymentalnego. Prawie jak Poznań.
Witał nas słońcem, przepłaszał deszczem, ugościł ciastkiem z panoramą na 22-drugim piętrze, obok hotelu, gdzie spędziliśmy miesiąc w dawnych już czasach. Zaskoczył wspaniałą wystawą (Jan III Sobieski - marszałek, hetman, król - jeśli będziecie mieli okazję - polecam) na Zamku Książąt Pomorskich, na którego dziedzińcu dziewczyny z zachwytem wplątywały się w sieć. W informacji turystycznej zapytaliśmy o paszporty dla dzieci, jakie funkcjonują u nas, zachęcając do zwiedzania. Panie znalazły ostatnią w archiwum mapę, bo już po sezonie ;). Dziewczyny biegając po zakamarkach zamku, zdążyły zdobyć wystarczającą liczbę pieczątek do otrzymania nagrody. I z odznakami ruszyły dalej.
W zimowe dni będziemy wspominać smak truskawek na Wałach Chrobrego i włoską knajpkę, gdzie na stolik trzeba było nieco poczekać (co u nas się nie zdarza, ale było warto ;) oraz eksperymenty w Mieście Nauki, jakie powinny towarzyszyć lekcjom fizyki (bynajmniej nie po to, żeby dać uczniom złudną nadzieję, że puszczą szkołę z dymem ;).


























































