Postaw mi kawę na buycoffee.to
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

23:07:00

Tropami Duszka Bogusia po Szczecinie

Tropami Duszka Bogusia po Szczecinie



    Najlepiej wspominane są wypady niespodziewane, do których, poza zapasową parą bielizny, nie trzeba się specjalnie przygotowywać. Tak trafiliśmy do Szczecina. Miasta, w pewnym sensie, dla nas sentymentalnego. Prawie jak Poznań
Witał nas słońcem, przepłaszał deszczem, ugościł ciastkiem z panoramą na 22-drugim piętrze, obok hotelu, gdzie spędziliśmy miesiąc w dawnych już czasach. Zaskoczył wspaniałą wystawą (Jan III Sobieski - marszałek, hetman, król - jeśli będziecie mieli okazję - polecam) na Zamku Książąt Pomorskich, na którego dziedzińcu dziewczyny z zachwytem wplątywały się w sieć. W informacji turystycznej zapytaliśmy o paszporty dla dzieci, jakie funkcjonują u nas, zachęcając do zwiedzania. Panie znalazły ostatnią w archiwum mapę, bo już po sezonie ;). Dziewczyny biegając po zakamarkach zamku, zdążyły zdobyć wystarczającą liczbę pieczątek do otrzymania nagrody. I z odznakami ruszyły dalej. 
W zimowe dni będziemy wspominać smak truskawek na Wałach Chrobrego i włoską knajpkę, gdzie na stolik trzeba było nieco poczekać (co u nas się nie zdarza, ale było warto ;) oraz eksperymenty w Mieście Nauki, jakie powinny towarzyszyć lekcjom fizyki (bynajmniej nie po to, żeby dać uczniom złudną nadzieję, że puszczą szkołę z dymem ;). 



















Booking.com

12:47:00

Nadmorsko

Nadmorsko


   W tym roku zamieniliśmy kobalt stempelków na błękit morza, wybywając w terminie BŚC nad Bałtyk. Camping w sosnowym lesie z dala od kramów, jeszcze ciepła wędzona ryba, wałkowanie ciasta na pierogi butelką soku malinowego, wiatr od morza sprawiający, że przy +25C chodziłam w swetrze, dwukrotna wizyta wróżki zębuszki, zatrzęsienie muszelek, ameby ( nasze dziewczyny widziały je pierwszy raz w życiu) i koncert organowy, który poruszył również wewnętrzne struny...  to był dobry czas ;)













Jeśli moje wpisy pomogły Ci na chwilę przenieść się w miejsca, które odwiedzam, a wskazówki przydały Ci się w podróży, możesz postawić mi kubek apetycznej, choć wirtualnej, kawy :)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

23:03:00

Bilety od Bosonogiego, wietnamskie świnki i lampiony...św. Marcin po drugiej stronie granicy

Bilety od Bosonogiego, wietnamskie świnki i lampiony...św. Marcin po drugiej stronie granicy
    Świętowaliśmy w kręgielni mężowskie urodziny, gdy zorientowaliśmy się, że skądś dobiega znajomy głos. W ten sposób po grze z marszu trafiliśmy na promocję książki Wojciecha Cejrowskiego oraz konkursy, do wzięcia udziału w których jakoś nikt się nie kwapił, a że zadanie nie było zbyt skomplikowane (na szybko napisana z przymrużeniem oka kartka z wakacji), włączyliśmy się do zabawy i oprócz książki z autografem do domu zabraliśmy również naszą wygraną - bilet rodzinny do ZOO w Görlitz, co bardzo mnie ucieszyło, bo jak już kiedyś kiedyś pisałam, to mój ulubiony ogród ze zwierzaczkami, bardziej przypominający przydomową zagrodę niż typowe ZOO z klatkami i wybiegami.
Wejściówki leżały odłogiem niemal pół roku, aż w końcu należało zrobić z nich użytek, a że Dnia św. Marcina nie spędzaliśmy akurat w Poznaniu, padło właśnie na Görlitz
Temperatura iście nie listopadowa, w ogrodzie zoologicznym sami znajomi, aż żal, że u nas takiego nie ma: dostojne pawie, biegające wolno czarne, wietnamskie świnki, wykluwające się kurczaczki i bez oporu dające się szczotkować kozy. Zjazd w wiadrze i buszowanie po wnętrzu szopy z białymi myszkami. 
A potem marsz z lampionami ulicami miasta za dosiadającym konia Marcinem. Koniecznie do powtórzenia ;)















22:27:00

Radosnego dzieciństwa

Radosnego dzieciństwa
Moje było, one, mam nadzieję, będą tak wspominać swoje, wszystkim radosnego dzieciństwa

22:39:00

Love lodowe...przepis na domowe lody - nie dla będących na diecie ;)

Love lodowe...przepis na domowe lody - nie dla będących na diecie ;)
    Kiedy byłam mała (wieki temu ;) w słoneczne niedziele obowiązkowy był spacer brzegiem rzeki zakończony lodami "U Rybaka". Stało się w długiej kolejce po to, by chwycić w dłonie wafelek z kulkami lodów o smaku zapamiętanym jako niemal równy nektarowi bogów i z miną zdobywcy odkrywało kawałki owoców. Moim rekordem było 6 kulek, pewnie został pobity...
Były też lody kręcone w budce w drodze do szkoły, tzw. włoskie, którą to budkę całą bandą odwiedzaliśmy co najmniej dwa razy dziennie przez pięć dni tygodnia, nigdy nie odchodząc z pustymi rękami, dzięki niezwykłej hojności właścicielki, która nawet gdy mieliśmy tylko kilkanaście groszy albo byliśmy w ogóle bez grosza, szeptem wołała nas i dawała choćby malutki lodowy ślad w rożku.
Te smaki ciężko mi dziś odnaleźć (choć nie ustaję w poszukiwaniach). I także dzięki temu od jakiegoś czasu w dolnej szufladzie naszej lodówki mieszkają (choć zadziwiająco szybko mają nowych zastępców ;) domowe lody: proste, smaczne, owocowe, bez jajek i zbędnych E ;).


Przepis na domowe lody:
kubeczek 200 ml śmietanki 30%
2 łyżki cukru pudru
ok. 250 g truskawek (lub innych sezonowych owoców)
1/4 szklanki mleka

Wrzućcie wszystko do blendera i mieszajcie przez około pół minuty (blender można też zastąpić mikserem albo energicznie ubić ręcznie). Jeśli zależy Wam na widocznych, dużych kawałkach owoców, dodajcie je już po zblendowaniu śmietanki i delikatnie wymieszajcie.
Napełnijcie dowolne foremki (z podanej ilości wychodzi 12 lodów na patyku) i włóżcie na co najmniej pół godziny do zamrażarki.
Przepis możecie dowolnie zmieniać, dodawać więcej lub mniej owoców, pominąć cukier, zastąpić trzcinowym lub innym, mieszajcie, eksperymentujcie, degustujcie.
Korzystajcie przez całe lato, a nawet przez cały rok ;)

19:11:00

Matańska przygoda w...

Matańska przygoda w...

  Chcieliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: przywitać nowego członka rodziny męża i sentymentalnie powłóczyć się po Poznaniu, ale żeby dzieciom się nie nudziło- przy okazji wziąć udział  w grze terenowej "Zagubieni w czasie i przestrzeni".
Pierwsza część wycieczki przebiegła bez zarzutu, za to do Poznania zdążyliśmy się spóźnić...zaczęłam się zastanawiać, czy tylko my, gdy się dowiedziałam, że w grze wzięło udział kilkanaścioro dzieci (na tak duże miasto !), chyba że akurat niemal wszystkie wybyły na nadmorskie kolonie i wędrowne obozy...
Niemniej dostaliśmy własne plansze i kilka zadań rozwikłaliśmy w swoim tempie wędrując wokół opustoszałej nieco katedry oraz po całym Ostrowie Tumskim, dowiadując się wielu ciekawostek, o których (wstyd przyznać :), nie miałam pojęcia.
Upał był niesamowity. W takich dniach nie wychodzi się z wody, a tym bardziej nie wybiera na zwiedzanie miasta... więc...pozaglądaliśmy do kilku pięknych, opustoszałych kamienic i...postanowiliśmy udać się nad wodę ;).
Malta jaką pamiętam, była niemal nietknięta infrastrukturą, na pół dzika, z przycupniętym późnoromańskim kościółkiem kawalerów maltańskich (ręka w górę kto słyszał o tym, że joannici byli znakomitymi żeglarzami ; ) i później jadącą do ZOO malutką kolejką. 
Miejsce studenckich randek (również moich). Stąd też mój wielki sentyment do tego miejsca, jak i do samego Poznania ;). Cóż, z dawnej kameralności nie zostało nic, ale...dzięki temu zjechaliśmy serpentynami żelaznej kolei, posiedzieliśmy na oślej łączce i zakosztowaliśmy zwariowanych zawirowań.
A więc zabieram Was do stolicy Wielkopolski, tym razem bez trykających koziołków, św. Marcina i rogali z nadzieniem z białego maku, idziecie :)?








 









 
P.S. Obiecuję na Poznański Ostrów Tumski jeszcze powrócić ;)
A zainteresowanych tym, żeby zagubić się w czasie i przestrzeni, odsyłam tu.





Booking.com
Copyright © 2016 Zwidokiemnaobelisk.pl , Blogger